Płanety

I

Niema to, jak chłopu na wsi! Ten ma już raz święte życie. Żeby ino Bóg nagodził ziarna i ziemniaków, to się o nic nie potrzebuje wieldze troszczyć. Wszyscy mają starunek o niego. Ksiądz go radosnie na tym świecie wita, jeszcze ochotniej chowa, zaś przez cały krótki żywot ma pieczę o jego duszę, jako o najmilszej ze stada owieczce, która za życia daje wełnę miękką, a serdak biały po śmierci. Żyd przemyśluje o jego majątku: gdy ma za dużo – ujmie mu ciężaru z głowy, a gdy za mało – dopożyczy i o hipotece się zawie przy czasie, wszystko rozumem swoim wyprostuje. A i panowie z urzędu radzi go widzą. Z podatkiem nie zawdy musi się trudzić dwie mile; przyślą na miejsce swoich ludzi, i wezmą bądźco, nie sam pieniądz. Wszyscy dla niego dobrodzieje, każdy za niego o nim myśli, aby se ino nie psuł głowy próżną turbacją.

Ale już najwięcej starunku o chłopa mają podczas wyborów. Wtedy cały kraj o nim radzi. Gdzie się obrócić, wszędy ino o „naszym chłopie” gwara, jakby każdy po to tylko żył, by chłopu dobra przysporzyć. Schodzą się mniejsi i więksi panowie, ba, nawet tacy, co wsi nie widzieli, i przedumują w głowach swoich, jakby tu chłopu dospomódz. Zeby się dało raj z zapieckiem stworzyć, gdzieby mógł drzemać ślebodnie przy czasie, toby ochotnem sercem uczynili. Tymczasem czynią, co w ich mocy. Żeby se chłop nie potrzebował łamać głowy, kogo wybrać do sejmu, to mu przysyłają gotowego posła, kosztów przesyłki nie ściągając, jako że to „rzecz urzędowa”. I chłop ma spokój.

Niedawno zdarzyło mi się mówić z podletnim człekiem, który chodził po wsi wybierać na mszę na uproszenie pogody i słonka.

– Wszystko – powiada – byłoby dobrze, żeby w niebie inaczej gazdowali. Ale to tak: rozbłyśnie, drugi raz się zamgli i znowu leje. Nijakiego porządku nad światem. Każdy święty o swoim kraju myśli, a nami się żaden nie zaopiekuje szczerze.

– Zato na ziemi mamy opiekunów…

– Dyć chwała Bogu jest ich dość, nima co narzekać. Jak i z tymi wyborami. Przyszli, wybrali, ani człek nie wiedział o tem…

– Jakże to? – pytam się – przecie jesteście radnym…

– No dyć-ech jest… I nie jeden. Jest ich ta niemało. Ale nikt nie uwiadomił znikąd.

– I jakże wypadło?

– Ha no przyjechał konwisarz z dziandarem i oba z wójtem wybrali pisarza.

– To sprawiedliwie… myślicie?

– Ja nijak nie myślę.

– Prawda, są insi, niech se głowy łamią.

– A jakże… Telo wam ino powiem: że nie wiem, kto kiedyś wygra…

Spojrzał na mnie przebiegle oczyma chytremi i, chcąc zaraz osłonić myśl niedokończoną, począł:

– To prawda, że my nie do tego. Człek w ziemi zagrzebany, jak ten kret, po uszy. Boga prosi, żeby mu dał zebrać plon mizerny z pola. A co więcy to nas ta już nie dużo obchodzi. W tem cała dba na zimę, co sie latem zbiere. A tego lata deszcz po deszczu, powódź za powodzią – takich naremnic nie pamiętają ludzie już oddawna. Różnie se naród myśli: co takiego, iż te burze i grady tak często przychodzą. Opowiadał mi kościelny, a jemu znowu – ksiądz, że pono jacyś heretycy armatę wynaleźli taką, coby z niej można do chmur strzelać i rozpędzać grad, a te burze tegoroczne to – powiada – kara boska za tę ludzką pychę, choć mnie się ta nie chce wierzyć… Ha, no, kiepskie żniwa. Ja sie też zebrał, myślę sobie: Trza uzbierać na mszę…

Mówił szybko, bez przerwy, nie myśląc o tem, co mówi. Oczyma błąkał po górach rozodzianych z lasu. Po chwili przestał i zwiesił głowę w zadumaniu ciężkiem.

– Tak ono tak… gdzież się ta woda ma utrzymać?

Spotkałem jego oczy – zczerwienił się i zwrócił je na bok.

– To, widzicie, jest dopiero jedna z przyczyn.

– Wiadome one i mnie trochę – odparł. – Darmo się wypierać. Ale to tak, moiściewy. Człek nie wójtuje, to se myśli: niechta! Niech sie trapią insi. I lepiej ujść, nie słyszeć, nie wiedzieć o niczem. Bo kiedy myślą za nas, to niech myślą, niechże sie im zdaje, że człek już nima czucia, ani dusze, że sie już tak doznaku sponiewierał w tej ladaczej służbie. Ale… do niczego dobrego to nie prowadzi. Jak i z tymi wyborami… potrzebne to na co? powiedzcie sami. Dyć sie mogą pieknie ładnie bez tych komedji obejść. Naród sam to pokazuje, a nie chcą widzieć. Usuwa się i czeka, co to bedzie dalej. Ani temu, ani temu korzyści, jak zawdy. A oni myślą, że ich góra. Śmiech mie ino bierze. Przypomina mi sie zaraz przypowieść o wilku. Słyszeliście już kiedy?

– Nie.

– To wam opowiem, choć to przypowieść już stara. Było tak: pasł się baran nad urwiskiem w lesie. Przylatuje wilk ku niemu i: „zjem cie!” powiada groźnie. „O, co byś mie ta gryzł – odrzekł baran – kości, widzisz, mam twardawe. Dyć ty ino stanij, obróć się do urwiska zadkiem, ozdziaw paszczekę, a ja ci sam wskoczę, i bedzie prosty koniec”. Wilk, widzicie, usłuchał baraniej rady. Obrócił sie i stanął i ozdziawił paszczę. A baran, jak sie rozpędzi, jak buchnie w niego – to sie ino wilk nogami nakrył, lecęcy prosto w przepaść. Wstaje potem, wywłóczy sie, wylazł na brzeg – poziera w koło po ugorach, a tu barana ani słychu dychu. „Hm…” – myśli dumajęcy – „czym go zjadł, czym go nie zjadł?”

– Przypowieść wcale trafna…

– Baran i tak głupi, że go nie zdurknął tak, coby już nie wstał…

– Ba, ale wtedy wilk by już nie myślał, a turbacja jego jest najlepsza.

– Ha, co kto woli…

Rozstał się ze mną wesoło i poszedł dalej zbierać na mszę. Kielo uzbierał, nie wiem, ale to wiem, że Pan Bóg dał pogodę niezadługo i mszy już nie było. Za to było nabożeństwo na uproszenie deszczu.

СкороКнижный режим