Poświęcenie

9. wtorek

Jaka też moja mama dobra! A Sylwia – zupełnie tak samo! Tak samo ma wielkie szlachetne serce!

Właśniem przepisywał wczoraj wieczór moją część miesięcznego opowiadania: „Od Apeninów do Andów”, które nauczyciel podzielił między nas do skopiowania, takie jest długie, gdy Sylwia weszła na palcach pośpiesznie a z cicha:

– Pójdź ze mną do mamy! Słyszałam, jak ojciec z mamą rozmawiał dziś z rana. Ojcu źle poszła jakaś sprawa i bardzo był zmartwiony, mama go pocieszała. Jesteśmy w ciężkim położeniu, rozumiesz. Nie mamy już pieniędzy. Ojciec mówił, że trzeba będzie wyrzec się niejednego, żeby koniec z końcem związać. Więc i nam trzeba ograniczyć się, uczynić jakąś ofiarę, nieprawdaż? Czyś gotów to zrobić? Dobrze! Ja będę mówiła z mamą, a ty mi przytakuj tylko i na twój honor przyrzeknij sobie, że wszystko, co powiem – uczynisz!

Powiedziawszy to wzięła mnie za rękę i poszliśmy do mamy, która szyła coś, pogrążona w myślach. Siadłem na sofie z jednej strony przy mamie, Sylwia siadła z drugiej i zaraz zaczęła:

– Mamo! Ja chcę z mamą pomówić o czymś. Oboje chcemy z mamą pomówić.

Mama spojrzała zdziwiona, a Sylwia:

– Ojciec nie ma pieniędzy, prawda?

– Co ty mówisz? – rzekła mama zaczerwieniwszy się lekko – To nieprawda! Skądże ty to wiesz? Kto ci to powiedział?

– Już ja wiem! – odrzekła rezolutnie Sylwia. – Więc niech tylko mama posłucha! Myśmy także powinni uczynić jakąś ofiarę z siebie. Chcemy bardzo! Mama mi obiecała kupić wachlarz w końcu maja, a Henryk też miał dostać szkatułkę z farbami. Ale teraz my nic nie chcemy! Nie chcemy, żeby rodzice wydawali pieniądze. I tak będziemy kontenci159. Jeszcze bardziej. Wie mama?

Matka nasza chciała coś mówić, ale Sylwia rzekła:

– Nie, mamo! Tak musi być. Tak będzie. I póki tata nie będzie miał pieniędzy, nie chcemy ani owoców, ani żadnych dobrych rzeczy, nic. Wystarczy nam zupa na obiad, a na śniadanie i na kolację będziemy tylko chleb jedli. Tym sposobem wyda się mniej na życie; bo teraz to się za dużo wydaje, a my przyrzekamy mamie, że będziemy tak samo kontenci i jeszcze bardziej! Nieprawdaż, Henryku!

Kiwnąłem głową z zapałem.

– Zawsze jednako będziemy kontenci – powtórzyła Sylwia zasłaniając mamie usta ręką. – A jeśli można zrobić jakąś ofiarę czy to w ubraniu, czy w czym innym, to też zrobimy ją najchętniej! I posprzedajemy także wszystkie nasze podarunki. Ja wszystko oddam, co mam, i będę mamie posługiwała sama, i nie będziemy oddawali nic do roboty z domu, bo ja z mamą będę pracowała cały dzień, będę wszystko robiła, co mama zechce, gotowa jestem – na wszystko! Na wszystko! – zawołała głośniej zarzucając ręce na szyję mamy. – Żeby tylko tata i mama nie mieli kłopotów i żebym znowu widziała, że są spokojni, weseli, jak przedtem, i radzi ze swoich dzieci, które was bardzo, bardzo kochają! Tak kochają, żeby oddały życie za was!

Nigdym jeszcze chyba nie widział mamy tak szczęśliwej, jak kiedy słów tych słuchała; nigdy nie całowała Sylwii z taką czułością, płacząc i śmiejąc się razem i wcale przemówić nie mogąc.

Uspokoiła się wreszcie i zapewniła Sylwię, że tak źle nie jest, że nie jesteśmy przyprowadzeni do takiego niedostatku bynajmniej, i dziękowała jej, i przez resztę dnia była wesoła, a kiedy ojciec wrócił, wszystko mu opowiedziała. A biedny ojciec ust nie otworzył nawet.

Ale nazajutrz w południe siadając do stołu uczułem radość i smutek zarazem. Pod moją serwetą była szkatułka z farbami, a Sylwia znalazła pod swoją serwetą – wachlarz.

СкороКнижный режим