30. Zakończenie wszystkiego
Upłynęło wiele lat. W gospodzie Damohorskich siedzi maszynista Brych, obecnie właściciel zakładu ślusarskiego, i czyta „Lidové noviny”.
– Zaraz będą kiełbaski – melduje gospodarz przychodzący z kuchni. I patrzajcież, przecież to jest pan Binder, niegdysiejszy właściciel karuzeli! Przytył i już nie nosi pasiastej koszuli, ale to on!
– Mamy czas – powiada powolutku pan Brych. – Przecie i pater Joszt też jeszcze nie przyszedł. I pan redaktor Rejzek…
– No a tego… Jak się miewa pan Kuzenda? – pyta pan Binder.
– Jak zawsze. Pokwękuje, postękuje. Wie pan, panie Binder, to jest bardzo porządny człowiek.
– Bardzo porządny – przyświadczył gospodarz. – Wie pan co, panie Brych? Żeby pan mu zaniósł ode mnie… no, parę takich kiełbasek… Udały nam się dzisiaj, a gdyby pan chciał być taki dobry…
– Ależ bardzo chętnie, panie Binder. To go, wie pan bardzo ucieszy, że pan o nim pamięta. Ależ tak, bardzo chętnie posłużę.
– Niech będzie pochwalony… – ozwał się głos we drzwiach i pan kanonik Joszt, czerstwy, zarumieniony od mrozu, wieszał na kołku kapelusz i futerko.
– Dobry wieczór, wasza wielebność – odpowiedział pan Brych. – Ale już też czekamy, czekamy!
Pater Joszt radośnie szczerzył zęby i zacierał zziębnięte ręce.
– A co w gazetach, panie majster. O czym nam tam piszą?
– Et, czytam właśnie, że prezydent republiki mianował młodego uczonego, prywatnego docenta dra Blahouša, profesorem nadzwyczajnym. Wie ksiądz kanonik, to ten sam Blahouš, co pisał wtedy o panu Kuzendzie.
– Aha, aha – rzekł pater Joszt, wycierając okulary. – Naturalnie, niedowiarek. Na uniwersytecie sami ateusze. A pan ma też za uszami, panie Brych.
– No, ksiądz kanonik już się tam za nas pomodli – wtrącił się pan Binder. – Będzie nas w niebie potrzebował do kart. Więc dwie kiełbaski i jedna kiszka, jak zawsze?
– Ma się rozumieć: dwie i jedna.
Pan Binder uchylił drzwi wiodące do kuchni i krzyknął:
– Dwie kiełbaski i jedna kiszka.
– Dobry wieczór – rzekł warkliwie redaktor Rejzek, wchodząc do gospody. – Zimno, ludkowie!
– Dobry wieczór panu – przymilał się pan Binder. – Gość w dom, Bóg w dom.
– No, co nowego? – pytał się wesoły pater Joszt. – Jak tam w redakcji? Ach tak, za młodu też pisywałem do gazet.
– I mnie także opisał wtedy w gazecie ten Blahouš – rzekł pan Brych. – Mam jeszcze gdzieś wycinek z tej gazety. Nazwał mnie apostołem Kuzendowej sekty, czy tak jakoś. Hej, gdzież te czasy!
– Kolację – odezwał się pan Rejzek.
Pan Binder i jego córka nieśli właśnie w tej chwili i stawiali na stole półmisek z kiełbaskami. Jeszcze syczały, z tłustą pianką na wierzchu, leżąc na pulchnej kapuście niby tureckie odaliski na poduszkach. Pater Joszt głośno mlasnął i przeciął pierwszą krasawicę.
– Udała nam się – rzekł po chwili pan Brych.
– Hm – przemówił po dłuższym milczeniu pan Rejzek.
– Panie Binder, szacunek, udały się panu – prawił z uznaniem ksiądz kanonik.
Panowała wdzięczna i skupiona cisza.
– Angielskie ziele – wtrącił pan Brych – lubię czuć w nosie.
– Ale żeby go nie było za dużo.
– Nie, tak w sam raz.
– A skórka musi w zębach wprost chrzęścić.
– Hm…
I znowu dłuższa pauza.
– A kapusta musi być bielutka.
– Na Morawach – ozwał się Brych – przyrządzają kapustę na rzadko. Byłem tam jako czeladnik. Po prostu się leje.
– Idź pan z taką kapustą! – dziwił się pater Joszt. – Kapustę trzeba przecie przecedzić. Nie gadaj pan, kto by taką rzecz jadł?!
– No, jedzą tam taką kapustę. Łyżkami.
– Strach po prostu – drętwiał kanonik. – Jakiś dziwny naród, czy nie? Przecież kapustę trzeba tylko omaścić. Dobrze mówię, panie Binder? Nie rozumiem, jak można kapustę przyrządzać inaczej!
– Wie ksiądz – rzekł pan Brych w zamyśleniu – to jest akurat tak, zdaje się, jak z tą wiarą wtedy i w ogóle. Ludzie nie chcą zrozumieć, że inny może wierzyć w co innego.
– Daj pan spokój – bronił się pater Joszt. – Prędzej bym uwierzył w Mahometa, niżbym jadł taką dziwaczną kapustę. Przecie sam rozum wskazuje, że kapustę trzeba tylko omaścić, nie?
– A wiary sam rozum nie wskazuje?
– Naszą wiarę, owszem – rzekł kanonik z wielką stanowczością – ale inne wiary nie są w zgodzie z rozumem.
– Więc znowu jesteśmy akurat tam, gdzie byliśmy przed wojną – westchnął pan Brych.
– Ludzie są zawsze tam, gdzie byli przedtem – odezwał się pan Binder. – I pan Kuzenda mawia zawsze to samo: Bracie, powiada, żadnej prawdy nie wywojujesz, nie wymusisz na nikim. Pamiętasz Binder, powiada, że ten nasz Pan Bóg na bagrownicy nie był znowu taki najgorszy i twój na karuzeli także nie, a jednak obaj przepadli. Każdy wierzy tylko w swojego najlepszego Pana Boga, ale nie wierzy innemu człowiekowi, że on także wierzy w coś dobrego. Ludzie powinni najpierw wierzyć w ludzi, ufać im, a reszta sama się uładzi. Tak mawia pan Kuzenda.
– Alboż nie? – rzekł pan Brych. – Niechby sobie człowiek myślał, że inna wiara jest kiepska, ale nie powinien myśleć, że ten, co ją ma, to koniecznie wredny, niegodziwy i drański człowiek. Tak jest w polityce i we wszystkim.
– I dlatego tyle ich się nienawidziło wzajemnie i wymordowało – odezwał się pater Joszt. – Wiecie, im większą ktoś ma wiarę, tym wścieklej gardzi tymi, co nie wierzą tak samo jak on. A przecie największą wiarą byłoby wierzenie w ludzi.
– Każdy jest jak najlepiej usposobiony do ludzkości, ale dla pojedynczego człowieka to nie. Ludzkość zbawię, ale ciebie, bracie, zabiję. A to niedobrze, wasza wielebność. Świat będzie zły, dopóki ludzie nie zaczną wierzyć w ludzi.
– Wiesz pan co, panie Binder – rzekł pater Joszt w zamyśleniu – to może by pan na jutro zrobił dla mnie taką kapustę po morawsku. Ja spróbuję.
– Trochę się ją niby zasmaża i dusi, że tak powiem. No i z kiełbasą, owszem, bardzo jest dobra. Każda wiara i każda prawda ma w sobie coś dobrego, choćby tylko to na ten przykład, że ten inny ją sobie ceni.
Otworzyły się drzwi i wszedł strażnik. Był zziębnięty i chciał szklaneczkę rumu.
– A, to pan, panie wachmistrz – rzekł Brych, poznając strażnika Gruszkę. – Więc co jest, gdzież to byliśmy?
– E, na Żyżkowie144 – odpowiedział strażnik, zdejmując ogromne rękawice. – Robiliśmy obławę.
– No i co wyłowiliście?
– Dwóch złodziejaszków i paru niezameldowanych. – A w domu Nr 1006 w piwnicy odkryliśmy taką spelunkę.
– Co za spelunkę? – pytał pan Rejzek.
– Karburatorową spelunkę, panie redaktorze. Mieli tam mały Karburatorek ze starej przedwojennej motorówki. I wszelka hołota zbierała się tam na orgie.
– Co znowu za orgie?
– No takie różne zakazane rzeczy. Modlą się, śpiewają, miewają widzenia, prorokują, robią cuda i jeszcze to i owo.
– I tego robić nie wolno?
– Jest to policyjnie zakazane. Tak samo, jak nory, w których palą opium. Była jedna taka nora na Starym Mieście. A tych karburatorowych spelunek wykryliśmy siedem. Taka hołota się tam zbierała. Ludzie bezdomni, kurwy i indywidua. Dlatego jest to zakazane. Bo to nieporządek.
– A dużo jeszcze takich spelunek?
– Już niedużo. Myślę, że to był już ostatni Karburator.