Rozdział dziesiąty. Król Walorozo sroży się
Ledwie rozżarzone w szkandeli węgielki zaczęły przypiekać dostojny grzbiet królewski, Walorozo ocknął się z niemocy i skoczył na równe nogi. – Hej! Dawać tu komendanta Zerwiłebskiego! – wrzasnął, tupnąwszy gniewnie nogą.
Lecz… o straszliwa godzino! Nos króla Walorozy przekrzywił się na bok i, opuchły jak pomidor, zwieszał się z królewskiego oblicza. Stało się to skutkiem gwałtownego upadku Walorozy pod ciosem szkandeli. Monarcha raz po raz zgrzytał zębami z wściekłości.
– Mój Zerwiłebski – rzekł, wyciągając z kieszeni szlafroka wyrok śmierci. – Mój kochany Zerwiłebciu, pójdziesz natychmiast do komnaty księcia, zakujesz go w kajdanki i zetniesz mu łeb, rozumiesz? Ten zbrodniczy gołowąs ważył się targnąć świętokradzką dłonią na dostojną mą osobę i na ziemię mnie powalił, uderzywszy szkandelą! Marsz, w lewo zwrot, niechaj łotr ten zginie! Ty, komendancie, odpowiesz mi zań głową!
I zebrawszy poły szlafroka, król Walorozo zniknął w tłumie dam dworu, które powiodły go do jego komnat.
Usłyszawszy rozkaz królewski, zacny kapitan oniemiał z przerażenia. Kochał Lulejkę całym sercem, więc nie dziw, że grube łzy trysnęły z jego oczu i ciężkimi kroplami opadały na sumiaste wąsy. – Biedny, biedny mój książę – mruczał do siebie. – Czemuż musiałem dożyć tej chwili?! Czemuż właśnie dłoń moja musi przeciąć pasmo twego młodego żywota?! Ach!
– A niechże cię… z twoimi lamentami, mój kapitanie Zerwiłebski! – usłyszał za sobą przyciszony głos kobiecy. Z bocznego skrzydła wysunęła się Gburia-Furia, odziana tylko w bieliznę nocną. Usłyszawszy zgiełk w sieni, wybiegła z sypialni i była świadkiem całej sceny.
– Mój Zerwiłebciu – szeptała dalej – wszakżeż król nakazał ci poprowadzić na śmierć księcia! Czyż ci jednak powiedział, którego księcia?!…
– Nie rozumiem waćpani – odparł Zerwiłebski, który był mocniejszy w garści niż w rozwiązywaniu zagadek.
– Głupiś, mój Zerwiłebciu! – szepnęła ochmistrzyni. – Przecież król ci nie powiedział, że masz zabić księcia Lulejkę, tylko księcia, rozumiesz?
– Rozumiem, kazał mi zabić księcia, ale nie powiedział którego – rzekł kapitan.
– Walże więc do sypialni Bulby i zetnij mu łeb czym prędzej!
Kapitan wytrzeszczył najpierw oczy, a potem zaczął tańczyć z uciechy. – Wiwat! Wiwat! – wołał. – I wilk będzie syty, i koza cała! Łeb księcia Bulby odpowiada wszelkim wymaganiom królewskim.
Ledwie nastał świt, kapitan zjawił się w pałacu z przyboczną strażą, podążył do księcia Bulby i do drzwi jego zapukał.
– Kto tam? – zapytał rozespany Bulbo.
– Kapitan Zerwiłebski.
– Proszę, proszę bliżej, kochany kapitanie. Cieszę się bardzo, że widzę waćpana. Właśnie miałem posłać po ciebie. Mój ochmistrz dworu, baron Safandullo, będzie mnie zastępować.
– Pozwolę sobie zwrócić uwagę Jego Książęcej Wysokości, że Jego Książęca Wysokość musi raczyć osobiście stanąć na placu. Zbyteczne byłoby fatygowanie barona Safandulli.
Bulbo nie brał widocznie tych słów do serca.
– Kapitanie – mówił, poziewając znowu – wszakże przyszedłeś w wiadomej sprawie księcia Lulejki?
– Do usług Waszej Wysokości, w sprawie księcia Lulejki.
– Cóż wybraliście, kapitanie? Pistolety czy szpady? – pytał dalej Bulbo. – Każda broń dobra, byle raz skończyć z tym pyszałkiem, którego nauczę rozumu, jakem książę Bulbo.
– Wasza Książęca Mość raczy wybaczyć, ale u nas w użyciu są… topory.
– Topory! Hm, to będzie trochę ciężko! – zamyślił się Bulbo. – Niech tam zresztą i topór. Zawołaj waćpan mego ochmistrza. On będzie moim sekundantem. Za dziesięć minut, pochlebiam sobie, obmierzły łeb tego Lulejki stoczy się z jego karku. Hu-uh! Hau! Żłopałbym krew tego nędznika! – wołał dyszący pragnieniem zemsty Bulbo i kłapał zębami jak ludożerca.
– Wasza Książęca Mość wybaczy, ale podług rozkazu królewskiego muszę bez zwłoki uwięzić Waszą Wielmożność i oddać ją w ręce nadwornego kata…
– Ależ co robisz? Co robisz, mój drogi?! Stój, powiadam ci, stój! – zdołał tylko wyjąkać nieszczęsny Bulbo, bowiem już na skinienie kapitana straż rzuciła się na niego, okryła mu zasłoną głowę, związała ręce i powiodła na plac egzekucji.
Ujrzawszy ponury orszak przechodzący przez podwórze król, który właśnie gawędził z Mrukiozem, zażył tabaki, kichnął i rzekł: – Pcich! I już po Lulejce! Chodźmy, ministrze, na śniadanie.
Kapitan Zerwiłebski oddał swego więźnia w ręce naczelnika policji wraz z wyrokiem śmierci, brzmiącym krótko:
„Niniejszym rozkazujemy o wpół do dziesiątej ściąć więźnia.
WALOROZO XXIV”
– Ależ to pomyłka! – powtarzał nieustannie Bulbo, który nie mógł zrozumieć, czego chcą od niego.
– Bah! Bah! Pomyłka! – zaśmiał się naczelnik policji. – Dawać tu kata! Bywaj, kacie!
Pociągnięto biednego Bulbę na rusztowanie, gdzie ponury kat z olbrzymim toporem w ręku stał zawsze w pogotowiu; w Paflagonii bowiem nie upłynął nigdy dzień jeden, żeby król nie wysłał nowej jakiejś ofiary na ścięcie.
Stanął więc nieszczęsny Bulbo na rusztowaniu i już, już miał żywot swój książęcy pożegnać, gdy… (zaraz powiemy, co się stało – musimy jednak przedtem wrócić na chwilę do pałacu, do Lulejki i Rózi).