Оглавление
Wolny
Przejechawszy kilka metrów, dorożka się zatrzymała.
– Koguci Zaułek, wielmożny panie?
– Tak jest. Tylko prędko.
Znów pojazd ruszył nieco dalej. Znów się zatrzymał.
Na miłość Boga, co to znaczy?
– Koguci Zaułek, wielmożny panie?
– Tak jest. Właśnie.
– Na Koguci Zaułek nie mogę jechać.
– Dlaczegóż nie?
– Wszędzie bruki powyjmowane. Żydowskie miasto całe przerabiają.
– Proszę więc jechać tak daleko, jak można, ale teraz, jak najprędzej.
Dorożka zrobiła jeden skok galopem, a potem znów zaczęła jechać niedołężnym kłusem.
Opuściłem zaplamione szkła okien dorożki i chciwym płucem ssałem powietrze nocne.
Wszystko mi stało się tak niepojęcie nowe: domy, ulice, zamknięte sklepy.
Biały pies włóczył się samotnie i w złym humorze po mokrym trotuarze478. Spojrzałem na niego. Co za dziwowisko! Pies! Zapomniałem, że takie zwierzęta są na ziemi. – Z radości jak dziecko zacząłem wołać na niego:
– Hej, hej! Jakże to można być tak smutnym!
Co by na to powiedział Hillel? – A Miriam?
Jeszcze parę chwil, a jestem u nich. Postanowiłem sobie póty we drzwi stukać, aż ich z łóżka powyciągam.
Teraz wszystko było dobrze – żałoba całoroczna minęła!
Toż nie prześpię już tej sprawy, jak niegdyś.
Na chwilę znów mnie załamała dawna trwoga: przypomniały mi się słowa więźnia z pyskiem dzikiego zwierza. Spalona twarz, zabójstwo lubieżnicze, ale nie, nie – przemocą odpychałem ten obraz: nie, nie, to niemożliwe! Miriam żyje! Toć jeszcze głos jej słyszałem przez usta Lapondera.
Jeszcze minuta – pół minuty, a wówczas —
Dorożka zatrzymała się koło kupy gruzów.
Wszędzie dokoła barykady z kamieni brukowych.
Na nich palą się czerwone latarnie.
Przy blasku pochodni kopał i łopatą odsypywał ziemię jeden z robotników.
Kopce zwalisk, kamieni i odłamki murów zamykały przejście.
Drapałem się po tych górkach, po kolana się pogrążyłem w gruzy.
Więc to tu miałby być Koguci Zaułek?
Z trudem się orientowałem. Same ruiny dokoła. Czyż nie tu stał dom, w którym mieszkałem? Fasada była zdjęta całkowicie.
Wdarłem się na jeden z kopców; w dole pode mną biegł wzdłuż dawnej ulicy czarny, murowany chodnik. Spojrzałem w górę: jak olbrzymie komórki pszczele zawisły w powietrzu opróżnione siedziby ludzkie, przez pół479 pochodniami oświetlone, przez pół mdłym światłem księżycowym.
Tam w górze musiał to być mój pokój i poznałem po dawnych obiciach, co zostały.
W sąsiedztwie pracownia Saviolego.
Naraz uczułem w sercu próżnię. Jakie to osobliwe! Pracownia! Angelina!
Jakże daleko, jak niewymownie daleko było to wszystko ode mnie.
Obróciłem się: z domu, w którym mieszkał Wassertrum, nie pozostał kamień na kamieniu! Wszystko zrównane z ziemią: sklep tandeciarza480, suterena481 Charouska – – – wszystko, wszystko!
„Człowiek przechodzi tędy jak cień” – przypomniały mi się słowa, które kiedyś czytałem.
Zapytałem robotnika, czy nie wie przypadkiem, gdzie mieszkają ludzie, którzy się stąd wyprowadzili; czy może znał archiwariusza Szemajaha Hillela?
– Niks dajcz482! – była odpowiedź.
Dałam temu człowiekowi florena483; natychmiast niemal zaczął rozumieć po niemiecku, ale nie mógł mi dać żadnego objaśnienia.
Również żaden z jego towarzyszów.
Może u „Loisiczka” można by się czegoś dowiedzieć? Loisiczek był, jak mówiono, zamknięty; dom odnawiano.
A więc obudzić kogo w sąsiedztwie? Czy można?
– Tak szeroko i daleko tu wkoło nawet kot nie mieszka – mówił robotnik. – Administracyjnie zakazane. Wedle484 tyfusu.
– A „Ceber”? Chyba otwarty?
– Ceber zamknięty.
– Na pewno?
– Na pewno.
Na chybił trafił wymieniłem nazwiska handlarzy i trafikantów485, którzy tu w okolicy mieszkali; wymieniłem też imiona Zwaka, Vrieslandera, Prokopa…
Wszyscy kiwali głowami. Nie, nie.
– Może który z was zna Jaromira Kwasniczkę?
Robotnik nasłuchiwał.
– Jaromir? Głuchoniemy?
Dusza moja się radowała. Bogu dzięki. Przynajmiej jeden znajomy.
Tak jest, głuchoniemy. Gdzie mieszka?
– Czy to ten, co wycina obrazki? Z czarnego papieru?
– Tak – to on. Gdzież go mogę spotkać?
Robotnik, o ile mógł najdokładniej, opisywał mi nocne kawiarnie w mieście wewnętrznym – i wnet na nowo zaczął kopać ziemią łopatą.
Więcej niż godzinę brodziłem poprzez pola gruzów, tańcowałem po chwiejących się deskach i pełzałem wśród poprzecznych belek, zamykających ulice. Cała dzielnica żydowska była jedną kamienną pustynią, jakby trzęsienie ziemi zburzyło miasto.
Oddech mi zapierało ze wzruszenia, szedłem zabrudzony i w podartym obuwiu – aż na koniec wydostałem się z tego labiryntu. Kilka szeregów domów – i stałem przed jaskinią, której poszukiwałem. – Nade drzwiami widniał napis: „Cafe Chaos”.
Bezludny, mały lokal, w którym zaledwie starczyło miejsca na parę stolików, stojących pod ścianą.
Na środku sali na trójnożnym bilardzie spał kelner i chrapał.
Przekupka z koszem jarzyn przed sobą siedziała w kącie – pochylona nad szklanką czaju486.
W końcu zdecydował się kelner wstać i zapytać, czego chcę. Z zuchwałego spojrzenia, jakim ten patrzył na mnie od stóp do głów – dopiero teraz przyszło mi na myśl, że muszę wyglądać jak oberwaniec.
Rzuciłem okiem w zwierciadło i przeraziłem się: cudza, anemiczna twarz, pomarszczona, szara jak kit z szczecinowatą brodą i poczochranym długim włosem ukazała się przede mną.
– Czy sylwetkarz Jaromir był tu? – zapytałem i zamówiłem czarną kawę.
– Nie wiem, gdzie on siedzi do tej pory – odpowiedział mi kelner, ziewając.
– Po czym znów się położył na bilard i w dalszym ciągu drzemał.
Wziąłem ze ściany „Prager Tageblatt487” i – czekałem. Litery biegały mi w oczach jak mrówki po stronicach – i ani słowa nie zrozumiałem z tego, com czytał.
Godziny mijały – a za szybami ukazywał się już podejrzany głęboki poświt ciemnoniebieski, który świadczy o wtargnięciu zorzy porannej do lokalu o oświetleniu gazowym.
Tu i ówdzie wypatrywali coś na ulicy policjanci w pióropuszach o zielonym połysku – i powolnym, ciężkim krokiem szli dalej.
Do kawiarni weszli żołnierze – jak widać, po hulaszczo przepędzonej nocy.
Wracający nad ranem jegomość napił się przy bufecie wódki.
Na koniec, na koniec: Jaromir.
Zmienił się tak, żem go zaledwie poznał: oczy miał zagasłe, przednie zęby mu wypadły, włosy się mocno przerzedziły, a za uszami miał głębokie jamki.
Byłem tak rad488, że po długim czasie znów widzę znajomą twarz, że podskoczyłem, ruszyłem ku niemu i ująłem go za rękę. – Jaromir zachowywał się w sposób dziwnie bojaźliwy – i nieustannie spoglądał w stronę drzwi. Za pomocą wszelkich możliwych gestów chciałem mu wykazać, jak się raduję jego spotkaniem. – Długi czas zdawał mi się nie dowierzać.
Ale, jakiekolwiek zadawałem mu pytania, zawsze ten sam rozpaczny ruch ręki, oznaczający: nie rozumiem!
Jakże umożliwić mu zrozumienie rzeczy?
Mam myśl. Kazałem sobie dać ołówek i kolejno rysowałem twarze Zwaka, Vrieslandera i Prokopa.
Jak to? Wszyscy opuścili Pragę?
– Żywo, niby płazem489, uderzył w powietrze dokoła; zrobił ruch wypłaty pieniędzy, poruszał po stole palcami, niby dla oznaczenia pochodu i uderzył się po wierzchu ręki. Odgadłem: wszyscy trzej zapewne od Charouska dostali pieniądze i teraz jako wspólnicy krążyli po świecie z powiększonym teatrem marionetek.
– A Hillel? Gdzież teraz mieszka? – Narysowałem jego twarz, przy tym dom – i w końcu znak zapytania.
Znaku zapytania Jaromir nie zrozumiał; – nie umiał czytać, ale pojął, o co mi chodziło. Wziął zapałkę, rzucił ją pozornie w górę, a potem na sposób prestidigitatorów490 nagle ukrył ją tak, że zniknęła. Co to znaczyło? Czyżby i Hillel wyjechał?
Narysowałem ratusz żydowski. – Głuchoniemy mocno potrząsł głową.
– A więc Hillel już tam nie jest?
– Nie (potrząśnięcie głową).
– Więc gdzie jest?
Znów powtórzył Jaromir swoją sztukę z zapałką.
– Na pewno myśli, że ten pan wyjechał – i nikt nie wie, dokąd – wtrącił się do rozmowy poranny gość, który pił wódkę, a który teraz przez cały czas z wielkim zaciekawieniem nam się przyglądał. Serce mi zdrętwiało z trwogi: Hillela nie ma! – Teraz byłem zupełnie samotny na całej ziemi. – Rzeczy w kawiarni zaczęły mi skakać przed oczami. —
– A Miriam?
Ręka mi drżała z taką siłą, że dłuższy czas nie byłem w stanie narysować jej twarzy z należytym podobieństwem.
– Czy i Miriam zniknęła?
Zniknęła. Tak. Bez śladu.
Westchnąłem, zacząłem biegać po pokoju tam i z powrotem, tak że trzej żołnierze pytająco spoglądali na siebie.
Jaromir starał się mnie uspokoić i próbował jeszcze mnie o czymś powiadomić, o czym wiedział: położył głowę na ramieniu, jak osoba uśpiona.
Oparłem się o blat stołu:
– Na imię Jezusa, czy Miriam umarła?
Potrząśnięcie głową. Jaromir znów powtórzył gest uśpienia.
– Czy Miriam była chora? – Narysowałem flaszkę lekarstwa.
Potrząśnięcie głową. Znów przyłożył Jaromir skroń do ramienia.
Świt jasny rozwidnił izbę, płomienie gazowe gasły jedne po drugich i ciągle jeszcze nie mogłem uchwycić, co znaczyły gesty Jaromira. —
Dałem pokój. Rozważałem.
Jedyna rzecz, która mi pozostała do zrobienia, to jak najwcześniej iść na żydowski ratusz – i tam się poinformować, dokąd mogli wyjechać Hillel i Miriam.
Ja muszę jechać za nimi. —
Milcząco siedziałem przy Jaromirze. – Niemy i głuchy jak on.
Gdym po pewnym czasie spojrzał, zauważyłem, że wycina z papieru nożyczkami sylwetki.
Poznałem profil Rozyny. Podał mi obrazek poprzez stół, położył rękę na oczach i – – płakał sobie cicho.
Potem naraz powstał – i chwiejnym krokiem – bez pożegnania – wyszedł z kawiarni.
––
Archiwariusz Szemajah Hillel pewnego dnia bez żadnego uzasadnienia przestał przychodzić – i nigdy nie powrócił; córkę swoją również zabrał ze sobą: gdyż i jej nikt już nigdy nie widział od owego czasu: tak mi powiedziano w żydowskim ratuszu. To było wszystko, czego się mogłem dowiedzieć.
Nie miałem żadnego śladu, który by mi wskazywał, dokąd się udali.
W banku mi oświadczono, że moje pieniądze ciągle jeszcze sądownie są obciążone – i z dnia na dzień oczekuje się możności ich wypłacenia na moje ręce. —
A więc i spadek po Charousku musiał iść drogą urzędową – i z gorącą niecierpliwością oczekiwałem na pieniądze, aby wówczas wszelkich sposobów użyć, dla poszukiwania śladów Hillela i Miriam. Sprzedałem swoje drogie kamienie, które miałem jeszcze w kieszeni – i wynająłem sobie dwie małe, umeblowane, obok siebie leżące mansardy491 na Staroszkolnej ulicy – jedynej ulicy, która po przebudowaniu dzielnicy żydowskiej została zachowana.
Szczególny przypadek: był to ten sam dobrze znany dom, o którym krążyło podanie, że kiedyś zniknął w nim Golem.
U mieszkańców – po największej części drobnych kupców i rzemieślników – dowiadywałem się, czy jest cokolwiek prawdy w pogłoskach o „pokoju bez wejścia” – i zostałem wyśmiany. – Jak można wierzyć w podobne niedorzeczności!
Moje własne przeżycia, które się z tym wiązały, przybrały w więzieniu mglistość dawno zwietrzałego widzenia sennego – i widziałem w nich już tylko symbole bez życia i krwi – i wykreśliłem z księgi moich wspomnień.
Słowa Lapondera, które nieraz tak wyraźnie w sobie słyszałem, jakby siedział naprzeciwko mnie, jak dawniej w celi – i jakby ze mną rozmawiał – utwierdziły mnie w tym, że musiałem czysto wewnętrznie kontemplować to, co mi przedtem ukazało się jako uchwytna rzeczywistość.
Czyliż nie przeminęło, nie znikło wszystko, com niegdyś posiadał? Księga Ibbur492, fantastyczna talia kart do taroka493, Angelina i nawet moi starzy przyjaciele: Zwak, Vrieslander i Prokop! —
––
Był wieczór Bożego Narodzenia i przyniosłem sobie do domu małą choinkę oraz czerwone świeczki. Chciałem jeszcze raz być dzieckiem, mieć koło siebie płomyki światła, zapach żywicznych igieł i płonącego wosku.
Zanim rok dobiegł do końca, nie dałem za wygraną – i szukałam po miastach i po wsiach – i gdziekolwiek mi serce podyktować mogło – Hillela oraz Miriam.
Wszelka niecierpliwość, wszelkie wyczekiwanie z wolna we mnie odpadły – równie jak znikła wszelka trwoga, że Miriam mogła być zamordowana: wiedziałem sercem, że znajdę oboje.
Był we mnie jakby nieustanny uśmiech szczęścia – i gdym rękę na coś położył, zdawało się, że jakaś siła zbawcza z niej wypływa. Zadowolenie człowieka, który po długiej wędrówce do domu powraca i z dala już ogląda promieniejące wieże swego rodzinnego miasta – napełniało mnie całego w szczególny sposób.
Byłem raz jeszcze w małej kawiarni, chcąc sprowadzić Jaromira do siebie na wigilię. Więcej się już tam nigdy nie pokazał – jak mi powiedziano – i chciałem już ze smutkiem wracać do domu, gdy wszedł stary kramarz494 wędrowny i ofiarował mi różne drobne bezwartościowe przedmioty do nabycia.
Przeszukałem jego skrzyneczkę, gdzie leżały dewizki495 do zegarka, małe koncyfiksy496, grzebienie, szpilki do włosów, broszki; nagle wpadło mi w ręce serce z czerwonego kamienia i pełen podziwu poznałem, że to jest ta sama pamiątka, którą mi kiedyś Angelina, gdy była małą dziewczynką – dała w prezencie koło wodotrysku w swym pałacu.
I nagle przed moim okiem stanęła moja młodość, jak gdybym w kamerze optycznej oglądał widoczek, malowany ręką dziecka.
Długo, długo stałem wzruszony i spoglądałem na małe czerwone serce, które trzymałem w ręku.
––
Siedziałem w swej mansardzie i przysłuchiwałem się, jak syczały igiełki jodłowe, gdy tu i owdzie drobna gałązka zaczynała płonąć od woskowych świeczek.
„Może też właśnie o tej godzinie stary Zwak gdzieści na świecie gra swoje „Boże Narodzenie kukiełek” – wyobrażałem to sobie – „i deklamuje tajemniczym głosem strofkę swego ulubionego poety Oskara Wienera497:
—–
Szczególnie świąteczny nastrój miałem w duszy. – Świece już się wszystkie wypaliły. Jedna tylko jeszcze migała. Dym krążył po pokoju. – Naraz jakby mnie jakaś ręka pociągnęła, musiałem się odwrócić:
Odbicie mojej osoby stało w progu. Mój sobotwór. W białym płaszczu. Z koroną na głowie.
Trwało to jedno okamgnienie.
Nagle płomienie buchnęły poprzez deski moich drzwi i do pokoju wdarł się obłok duszącego, gorącego dymu.
Pożar w domu. Pożar! Pożar!
––
Roztwieram498 okno. Wdrapuję się na dach.
Z dala już huczy gromkie trąbienie nadjeżdżającej straży ogniowej. Błyszczące hełmy i krótkie, ostre rozkazy komendy.
Potem upiorne, rytmiczne, syczące dyszenie pomp, jakby demony wody gotowały się do skoku na swego śmiertelnego wroga: ogień.
Szkło, brzęcząc, pęka, a czerwony płomień strzela ze wszystkich okien.
Materace wyrzucają z okien, cała ulica jest nimi zaścielona, ludzie skaczą na nie: tłuką się i ranią; straż ich wynosi.
We mnie natomiast coś raduje się w dzikiej, tryumfalnej ekstazie! Nie wiem, dlaczego. Włos mi się jeży.
Biegnę w stronę komina, aby uniknąć osmalenia, gdyż płomienie idą w moją stronę.
Powróz kominiarski otacza go dokoła; obwijam go koło siebie, opasuję nim stawy ręki i nogi, jak tego się uczyłem za lat chłopięcych w szkole gimnastyki – i powoli spływam na dół od strony fasady.
Przesuwam się koło jednego okna; spoglądam do środka: tam wszystko jasno oświetlone.
I widzę tam – – widzę tam – —
Całe moje ciało staje się jednym radosnym okrzykiem:
Hillel! Miriam! Hillel!
Chcę przeskoczyć przez kraty w oknie.
Chwytam za nie. Tracę przy tym swe położenie w sznurze.
Chwilę jedną wiszę głową na dół, z nogami skrzyżowanymi między niebem a ziemią499.
Sznur świszcze przy posunięciu. Trzeszcząc, rozszerzają się włókna.
Upadam. Świadomość we mnie gaśnie.
Jeszcze w upadku chwytam za gzyms okna, ale zbaczam z drogi. Zatrzymać się nie mogę:
Kamień jest gładki.
Gładki jak kawał słoniny.
––
––